środa, 30 lipca 2014

Ni: Kislorod na świeczniku (czyli boskie pięć minut)


Ni: Kislorod na świeczniku (czyli boskie pięć minut)



„Kislorod stworzony został z inicjatywy żeńskiej. Inicjatywa jest to przewaga jakiegoś rodzaju energii, która potrzebna jest do stworzenia bóstwa (patrz Geneza). Nie ma to znaczenia w ostatecznym rozrachunku, ponieważ energia jest zawsze energią, nieważne, skąd pochodzi. Nazywamy go bóstwem męskim inicjowanym żeńskim pierwiastkiem. Jego imię oznacza w języku rosyjskim 'tlen', gdyż Kislorod jest tym, który 'umożliwia życie'. Zarówno w oczach wyznawców jak i w rzeczywistości jest on bóstwem najbardziej aktywnym w panteonie nijańskim i spotyka się z największym kultem. Przedstawiany jest jako bóg-ojciec, patron rodziny, spokoju, zawsze obecnego pożywienia, ogniska domowego i ciepła. Cechuje go jaśniejsza, czasem przebłyskująca na niebiesko skóra, co kojarzyć się może z 'niebieskim powietrzem'. W odróżnieniu od swojego męża, jego rola seksualna była drugorzędna...”.

Kiedyś Kislorod był jedynie dodatkiem, jakimś wyrazem stałości i czegoś, do czego można wracać po zmysłowych szaleństwach z różnorakimi kochankami. Stanowisko najważniejszego piastował Ni. Dopiero dzięki różanej wizji Nikodem zaczął patrzeć na swoje ulubione bóstwo nieco bardziej krytycznie, przypomniał sobie także mit o tygrysie, który znacząco wskazywał na to, iż Ni idealny i dobry nie był. Owszem, bóstwa nie miały ludzkich wad rodząc się, ale czy energia sama w sobie nie była już skażona ludzkim pierwiastkiem? Może swoje przywary nabywali z wiekiem, może to był naturalny proces? W jego mniemaniu dziecko nie rodziło się złośliwe, ono się takie stawało na wskutek pewnych, może niezauważalnych czynników. Bóg był tylko dzieckiem ludzkim, podlegał więc tkaim samym prawom. 

Bardzo zadowolony był ze swojego odkrycia Niko zaczął zapisywać notatki jak szalony. Przez pośpiech (miał piętnaście minut do wyjścia z domu) jego pismo zmieniło się w ledwo zrozumiałą falę, ale wierzył, że i tak odczyta potem wszystko bez problemu. 

Obok niego leżała otworzona na wstępie 'Mitologia Greków i Rzymian', którą wziął od niechcenia po powrocie z niezapomnianego ogniska zorganizowanego przez Vasila. Alkohol wirował mu trochę w głowie, ale rodzice nie zauważyli nic, gdy wchodził po schodach, więc było w porządku. Żeby od razu nie rzucać się na łóżko, otworzył ładnie oprawioną książkę z wizerunkiem Zeusa na okładce i przeglądnął ją. Potem uznał, że jego własne herezje są hańbą dla tego dorobku cywilizacyjnego i odłożył książkę na biurko, kładąc się w ubraniach na łóżko. Dopiero rankiem wziął się w garść, po porządnym prysznicu przysiadł nad książką i zaczął spisywać, co powinno znaleźć się w jego mitologii, by była bardziej kompletna. Czasu nie miał wiele, ale wiedział już, że potrzebuje opisu bogów. 

Który najbardziej go potrzebował? Jego ukochany Kislorod!

Najbardziej czczono go w okolicach wybrzeża i w portach. Pewnego razu bóg morski z tej samej rodziny, Viktor, zniecierpliwił się natężeniem kultu, jaki oddawany był jego bratu. Obserwował on z zazdrością poczynania ludu i utrudniał jego konakt z innym bogiem, jak tylko mógł: składane dla Kisloroda ofiary psuły się z wilgoci, a świątynie niejednokrotnie podmywała woda. Kislorod ignorował zawiść brata i nie przestawał przechadzać się w tych rejonach, czasem ukazując się rybakom. Bóstwa unikały się zazwyczaj jak mogły, a zazdrosny morski bóg odbijał sobie swoje urazy partyzantko, podczas Posiłków na Ni nigdy nie posuwając się dalej, niż głośna prośba o opuszczenie wybrzeża przez bóstwa, które z morzem związane nie są. Wszystkiego stało się za dość około wieku XIII. Architekt Andriej ukazał radnym miasta projekt wielkiej świątyni Kisloroda, która miała ciągnąć się od kawałka lądu i stać na wielkich słupach ustawionych w morzu.

 W drugi miesiąc budowy zajęty sprawami morskimi Viktor wyłonił się z morza słysząc hałasy i na widok budującej się świątyni poczuł euforię. Płynął on z entuzjazmem do malującej się w oddali budowli i zdębiał nagle, widząc ogromne, marmurowe przedstawienie swojego brata ustawiane na postumencie w środku. Świadków wydarzenia nie było, gdyż wszyscy mieszkańcy okolicznych wiosek zginęli podczas przerażającego tsunami. Ze świątyni nie zostało nic, choć posąg został pochłonięty przez wodę i spoczął na dnie morza, gdzie pewnego dnia (już po wygnaniu Kisloroda i Ni na planetę) odnalazły go młodziutkie syreny. 

Zauroczone urodą Kisloroda także zaczęły go czcić, co sprowadziło na nich karę obcięcia ogonów. (...) Oprócz tego incydentu bóstwo wrogów nie posiadało, gdyż w odróżnieniu od innych bogów-ojców panteonów on agresji jako takiej nie posiadał. Znane są przypowieści o Kislorodzie karmiącym ginące jagnię, sprowadzającym deszcz na wysuszone tereny czy też ułaskawiającym zwierza Ivalio. Było to na początku wieku VIII, kiedy to ludzie poczęli dopiero osiedlać się bliżej gór i nie znali jeszcze wilków. Przywódca stada tych zwierząt miał na imię Ivalio i mówił ludzkim głosem. Powstał on z okruchów pyłu gwiezdnego, który ukruszył się podczas tworzenia nijańskiego panteonu, a powstał on razem z nijańskimi syrenami, orłami z rogami na łbach, satyrami nijańskimi oraz paroma innymi fantastycznymi stworzeniami, które wyginęły po wypędzeniu głównych bogów Ni z tych ziem. Ivalio miał zęby ogromne, futro ciemne i lśniące, łapy obdarzone imponującymi pazurzyskami i ogon, którego uderzeniem mógł zgiąć w pół dorosłego męża. Stado napadało na wioski i porywało dzieci, zabijało dorosłych. 

Terror Ivalio zakończył się, gdy Kislorod zagonił go w głąb jaskini po trzech dniach morderczego pościgu. Nie zatłukł go jednak kamieniem, jak radziła mu przed rozpoczęciem polowania Boyana, tylko wyciągnął do niego ręce. Ivalio podszedł nieufnie, spodziewając się wyrwania szczęki. Pochylił się on uniżenie i przyjął ręce boga na swoim łbie. Jedyne, co nastąpiło, to ciepłe uczucie w cielsku zwierza. Zasnęło, a gdy rano wypadło poza jaskinię, jego futro było już złote. Symbolika koloru złotego jest niezwykle istotnym kluczem do rozumienia mitologii Ni. Złoto oznacza przede wszystkim uświęcenie, mądrość, dobroć, królewskość i te właśnie przywary sprawiły, że tak oto dziki Ivalio stał się królewskim Ivalio, godnym wilczym przywódcą. Niejednokrotnie potem spotkamy się z sytuacjami, gdy to wilk pomagać będzie swojemu bóstwu, które nazywać będzie 'ojcem'. Ivalio zostanie ciężko ranny w momencie, gdy ugryzie nogę boga chrześcijańskiego dowiadując się o jego działaniach (patrz: Bóg chrześcijański), na co bóstwo strąci go piętą z powrotem na ziemię. Kislorod zostawi go tam, widząc, że dogorywa i z żalem odejdzie na swoją planetę.”

Może umieścił tu Ivalio dlatego, że ten wcześniej obsadził go w swoim kosmicznym opowiadaniu. Może zrobił to też dlatego, że po prostu pasowało. Powód był niejasny, aczkolwiek Nikodem zadowolony był z efektu niezmiernie. Historia ze złotym wilkiem była po części smutna, przecież zawsze przykro jest, gdy zdychają zwierzęta. Miał wielką nadzieję, że jego mały kolega wykaże się tak dużym poczuciem humoru jak w swoim opowiadaniu i nie obrazi się, że go się tutaj umieszcza. Poza tym, wizja walecznego i niebezpiecznego wilka jest nęcąca, prawda? Dlaczego miałby się obrazić, że jest potężny, zły, silny i budzący postrach? Może jedynie zakończenie było trochę nieprzyjemne, lecz było ono swego rodzaju uszczypnięciem dzieciaka w tyłek za końcówkę jego własnego- kosmicznego. Które skończyło się gorzej? Ostatecznie tutaj nie było mowy o śmierci któregoś z nich, a w Ivaliowym cudeńku jasno zostało powiedziane, że umrą nieszczęśliwi. 

Zapewne i Kislorod i jego wierny wilk jakoś sobie poradzą, zwierz wyliże rany, może nawet zemści się na chrześcijańskim bóstwie. Nikodem bardzo mocno rozważał taką możliwość, z niepokojem odkrywając, jak bardzo ma ochotę uprzykrzyć akurat temu bóstwu istnienie. Może dlatego, że wszędzie było go...pełno. Prawosławie- wierzymy szczerzej, lepiej niż ci z zachodu! Prawdziwy bóg, dobry bóg ojciec, wszędzie bóg, jedyny i sprawiedliwy. W chwilach, gdy myślał o tym, jak chrześcijańsko panoszy się na świecie miał ochotę znowu brać notatnik i notować, dodawać nowe szczegóły do konfliktu. Może nie z samej złości czy irytacji, ale ze spokojnym pragnieniem osiągnięcia jakieś malutkiej, osobistej satysfakcji. Nie lubił, gdy inni wpajali bliźnim, jak mają myśleć, a niestety wszelkie wielkie religie z chrześcijaństwem na czele właśnie w ten sposób według niego funkcjonowały. Tym razem myśli tego typu przerwała go godzina i uświadomienie sobie, że teoretycznie powinien już siedzieć na rowerze i wyjeżdżać z ulicy. Zostawił mitologię na stole, wrzucił notatnik do plecaka i popędził na dół, nawet nie zauważając, że zamiast szkolnego polo ma na sobie zwykły biały T-shirt z pretensjonalnym napisem 'I (serduszko) Paris'.

Jedynym przypadkiem karygodnego zachowania było przerwanie na pół satyra, który odważył się posiąść sarnę. Sarna nie potrafiła mówić, ale drobny odsetek pyłu sprawiał, że jej myślenie zbliżone było do ludzkiego. Była zwierzęciem pięknym i dystyngowanym, dlatego upodobał je sobie Kislorod. Niestety, pewien satyr upodobał ją sobie jako kochankę. Akty seksualne między zwierzętami i bóstwami lub pół-bóstwami były raczej niespotykane, aczkolwiek dopuszczane. Stosunek sarny i satyra, którego dolna cześć ciała pochodziła od zwierzęcia parzystokopytnego wydawał się w pewien sposób właściwy. 

Pewnego dnia satyr uwiódł sarnę i odbył z nią stosunek, co zauważyła siedząca na gałęzi sowa. Sowa opowiedziała o tym innym ptakom, a rozmowę tą usłyszał Kislorod. Wściekł się niepomiernie, gdyż uważał akt ten za skalanie jego ulubienicy, co było nieprawdą. Znalazł on jednak satyra i rozerwał go na pół, wyrzucając obie części daleko od siebie. Akt wściekłości bezmyślności został zepchnięty w pomroki dziejów, gdyż obraz Kisloroda jako dobrego ojca, miłosierne bóstwo, mądrość samą w sobie został utrzymany. Widziany był jako ten, który nie czuje złych wibracji. Na przedstawieniach maluje się go jako postawnego mężczyznę bez włosów cielesnych, ze skórą dość jasną i z ciemnymi, krótkimi włosami. Oczy ma wąskie aczkolwiek łagodnie wygięte w uśmiechu, ręce wyciąga w kierunku oglądającego, jakby proponował mu uścisk. W przedstawieniach z mężem jedna ręką nie zmienia swojej pozycji, druga zaś ściska rękę Ni.”

W szkole Nikodem przypominał sobie te wyobrażenia, prawie rozpływając się na ławce z poczucia niebywałego rozrzewnienia. Obraz Ni trzymanego za rękę przez męża był tak cudownie kojący, tak miły dla niego samego, nawet, jeśli wciąż wszystko było alter. Gdyby wyobraził sobie na jakieś rycinie czy makatce siebie, wtedy byłoby to zdecydowanie mniej artystyczne. Jego twarz zdecydowanie mniej nadawała się do takich przedstawień, zresztą, musieliby go chyba nieźle upiększyć. Ni widział jako...wyszywanego jasnobrązową nicią, z wielkimi, jasnymi oczami koloru miodu i z kaskadą czarnych włosów sięgających może do ramion. Falowanych jak jego, jednak układających się harmonijnie, idealnie. A te usta..? Idealne do całowania. Gdyby tylko stracił zdrowy rozsądek i zapomniał, kto jest kim, mógłby popaść w swego rodzaju samouwielbienie. 

Patrzył jednak na siebie codziennie, dlatego nie groziło mu to w najbliższym czasie, przynajmniej tak długo, jak posiadał przypomnienie o realności w postaci lustra i swojego nosa. I brwi. I nadwagi. 

Niemniej obraz malujący się w jego głowie- dwie ręce splecione w uścisku, jedna ciemniejsza, druga większa i zdecydowanie bardziej 'ojcowska'. Bracia, małżeństwo, najlepsi przyjaciele. Gdyby był bohaterką romansu, zapewne westchnąłby głośno i spojrzał za okno. Tymczasem on notował pilnie z tablicy, wykazując się nietypową dla mężczyzn podzielną uwagą. Tutaj ciągi matematyczne, tutaj Ni i Kislorod. Warto by dodać jeszcze o głowie Ni przybranej w kwiaty maku. 

Z tych powodów też Ni tak często sięgał po innych kochanków. Satysfakcja z ich pożycia była ogromna, głównie w sferze umysłowej. Siadywało małżeństwo w otoczeniu drzew i rozmawiało. Kislorod odczuwał sprawianie przyjemności mężowi jako jeden z głównych celów istnienia, jako coś niezwykle istotnego. Dlatego pozwalał mu na wycieczki na bliski wschód, podczas których on sam przebywał nad morzem i irytował Viktor swoją obecnością. Budował mu świątynie, zamówił złota obrożę dla tygrysa u Hefajstosa, przynosił mu nektar kwiatów. Ni także troczył się o męża, masując mu kark i plecy, przez co stawały się one jeszcze mocniejsze i twardsze. Jedną z ich ulubionych czynności była coroczna kąpiel w Morzu Czarnym, którego wody obmywały ich ciała i barwiły skórę na delikatny, ciemniejszy odcień na okres kilku dni ziemskich. Viktor zawsze ustępował na ten jeden raz, zajmując się swoimi sprawami. 

Kąpali się też w wodach zwykłych, w jeziorach i strumykach, wiedząc, że woda łączy ich w przepiękny sposób. Poza jednak tą miłością Ni posiadał ogromną ilość energii seksualnej, której uwolnić jeden i tak łagodny partner nie mógł mu pomóc. Kislorod, jak już zostało wspomniane, nie wykazywał zazdrości względem niego. Wierni zastanawiali się, dlaczego wybuch wściekłości nastąpił przy sarnie a nie po przyuważeniu Ni z jednym z tytanów nijańskich, Kruma. Wynikało to z różnicy postrzegania małżeństwa przez bogów i ludzi, dlatego dla Kisloroda gorszym było naruszeniem czystości sarny niźli stosunek z jego bratem. W związek małżeński wstąpili dwa wieki po narodzinach, zawierając go w lesie brunatnym. Złączyli oni ręce, zamykając oczy i oblani zostali olejkiem różanym, który od tego czasu spowijał ich skóry zapachem i symbolizował ich połączenie. Nazywano ich od tego czasu 'trzonem' oraz małżeństwem ojcowskim, choć prócz Owocu żadne z bóstw nie było ich dziećmi. Niemniej bracia zwracali się do Kisloroda 'ojcze', zaś do Ni po imieniu, traktując go z większym szacunkiem niż siebie nawzajem. Między małżonkami doszło do kłótni tylko raz...”

- Co robisz?- ktoś zaatakował go od tyłu, łapiąc go za ramiona.

Nikodem natychmiast zasłonił swój notatnik, czując jednak, że atakujący nie ustępuje. Był to Kosta, którego paluchy wbiły mu się w ramię i nie puszczały go. Niko przytulił zeszyt do siebie, w końcu czując, że uścisk ustępuje. Kosta poddał się i okrążył go, siadając na krześle naprzeciw jego ławki. Ku zdziwieniu Niko, tuż obok jego kolegi usiadł...dawno niewidziany w szkole Aleksandur. 

Blondyn wpatrywał się w niego jasnymi oczami i przerwał kontakt wzrokowy tylko na czas drapania się po nosie.

- Wiesz, mówiłem ci- powiedział zdawkowo Nikodem, mając nadzieję, że Kosta to zrozumie.- Robię projekt. Piszę. 

- Nie mówiłeś? No jakoś ci nie wierzę, ty nigdy nic nie robisz sam. Rysujesz gołe baby?

Najwidoczniej chęć popisania się przed gościem zwyciężała nad sympatią do Panajotowa. Niko rozumiał to doskonale, dlatego nawet go to nie zirytowało. Bez słowa odsunął od siebie zeszyt, uznając, że nawet, jeśli coś przeczytają, to niewiele zrozumieją z takich haseł jak 'złoty wilk', 'morze czarne- czarny' oraz 'obroża dla tygrysa od H'. Aleksanurd spojrzał bardziej łapczywie niż Kosta, który najwyraźniej miał ochotę na jakąś słowną potyczkę między sobą a najlepszym kumplem z klasy. A nuż by ją wygrał i zaimponował koledze? Dlatego też zerknął tylko na kartkę, na której od słowa 'Kislorod' biegło ponad dwadzieścia kresek z rożnymi hasłami. Aleksandur pochylał się nad kartką długo, nie reagując nawet na papainę Kosty, który zaczął mówić o sprawdzane z podnoszenia sztangi na wychowaniu fizycznym.

- Uczysz się rosyjskiego?- spytał nagle Aleksandur, podnosząc wzrok.- Moja babcia jest Rosjanką.

- Nie nie, to tylko imię- odparł z uśmiechem Nikodem, ignorując kumpla z klasy.

Wyglądało na to, że Aleks patrzył się tyle czasu tylko na jedno słowo, może nawet próbując sobie przypomnieć, co znaczy. Nawet nie zerknął na hasła. Nikodem patrzył cały czas w jego mętne oczy i po raz kolejny żałował, że blond włosy i takie imię musiało należeć do takiego półgłówka.

- Pokaż- rozkazał nagle Kosta, któremu chyba nie podobało się, że każdy go ignoruje.- Serio piszesz? Przecież zawsze się wkurzałeś, że nie umiesz...

- Mam swój sposób- uśmiechnął się tajemniczo, pochylając się nad ławką i obserwując reakcje kumpla.

Ten przebiegał wzorkiem po hasłach, najwyraźniej nie rozumiejąc nic. Oczywistym chyba było, że ten nie miał pojęcia o wewnętrznym świecie Nikodema. Znał go tylko powierzchownie, z klasy, a ten nie ufał mu na tyle, by uchylić choćby rąbka tajemnicy. Nie sądził, by chłopak to zrozumiał nawet, jeśli był dość zdolny i wcale niegłupi. Co z tego jednak, skoro poglądy miał nad wyraz konserwatywne i tak ustatkowane, że każda próba rozmawiania z nim na ten temat mogłaby się skończyć źle. Pamiętał swoje przerażenie, gdy usłyszał go mówiącego o gejach. Naprawdę nie chciałby słyszeć czegoś takiego ponownie, dlatego trzymał buzię na kłódkę. 

Kosta oddał mu notatnik z niewyraźną miną, jakby sam nie wiedział, jak to skomentować. Aleksandur tymczasem wbijał w niego oczy, Nikodem zaś chwycił za długopis i zapisał krótkie hasło, które jego podzielna uwaga wyprodukowała podczas tej sceny. Brzmiało ono: harpia.

...niedługo po tym, jak Ni ustrzelił pół-kobietę, pół-orła, zwanego harpią. Istota ta nie miała praw boskich, lecz należała do ich świata. Znana była w wierzeniach ludowych, najczęściej interpretowano ją jako duszę noworodka, która nie miała szans na życie i tak oto mści się, w ciele potwora. Było to jednak nieprawdą, gdyż harpie były stworzone z pyłu gwiezdnego i powstały w efekcie mutacji, która jest rzeczą naturalną w przyrodzie zarówno boskiej jak i fizycznej. Harpie zawierały w sobie lęki ludzkie głównie z powodu ich podobieństwa do samej istoty człowieczej. Niemniej harpia przysiadła kiedyś na gałęzi, swoim okropnym głosem wyprowadzając Ni z równowagi. Ten chwycił łuk należący kiedyś do centaura, porzucony przez istotę na polu. Łuk był stary, ale wciąż użyteczny, najwyraźniej został po prostu zamieniony na piękniejszy. Ni napiął łuk i trafił potwora prosto w serce, zabijając go od razu. 

Należy tutaj zwrócić uwagę na to, iż istoty choćby szczebel niższe od bogów cechuje śmiertelność. Kislorod, widząc moment wystrzelania z łuku spytał męża, dlaczego zabija kolejną istotę. Działo się to po zamordowaniu tygrysa. Ni odpowiedział mu, iż harpia denerwowała go swoim złośliwym skrzeczeniem oraz, że męczyła okoliczną ludność. Kislorod zarzucił swojemu mężowi, iż staje się okrutny i zabija bez wyraźniej przyczyny. Ten napiął znowu łuk, chcąc zranić swego męża w zaślepieniu, lecz ten uchylił się i strzała poszybowała dalej. Boska moc gnała ją tak daleko, aż nie trafiła w szczyt górski zwany Wielkim, który wskutek uderzenia i energii rozłupał się na dwie części, nosząc już potem nazwę Igły zachodniej i Igły wschodniej. Strzała złamała się, upadając na ziemię i stając się potem przyczyną śmierci pewnego boginka wodnego (patrz: śmierć Bognka wodnego). Wydarzenie to wstrząsnęło małżonkami, którzy po chwili jęli przepraszać się wzajemnie. Złamali oni łuk oraz spalili ciało harpii, schodząc na kompromis. Ni zgodził się zamienić ciało potwora w złoty proch, a Kislorod zniszczył śmiercionośny łuk.”

Historia wydawała się naprawdę niezła, biorąc pod uwagę fakt, że dodawała jego alter ego swoistej drapieżności i wyjątkowości. Na szczęście dalsze planowanie kłótni mógł spędzić w samotności, bo Kosta i Aleksandur wyszli na przerwę na dwór. 

Nikodem wracał do domu usatysfakcjonowany, pędząc niemal na złamanie karku, by spytać trzynastoletniego pisarza, czy aby nie napisał już czegoś. W domu znalazł się o kilka minut szybciej niż zazwyczaj, hamując przed domem Ivalia. Na ganku stała babcia podlewająca kwiaty w wielkich donicach.

- Dzień dobry!-krzyknął, kiwając lekko głową, gdy ta spojrzała na niego.- Mogłaby pani zawołać Ivo?

Kobieta przytaknęła ochoczo, znikając w domu. Wkrótce w drzwiach pojawił się chłopiec, ubrany w bluzkę z 'Projektu kosmicznego 1995”. Nie krzyknął jednak nic, tylko wykonał gest ręką, najwyraźniej mający oznaczać, że 'jeszcze nie skończył'. Stali tak chwilę, aż w końcu chłopiec uśmiechnął się tajemniczo i zniknął w środku, zostawiając starszego na zewnątrz. Ten uniósł brwi, uznając, że najwyraźniej praca jest w trakcie realizowania i nie należy jej przerywać. Wjechał do domu, rzucając rower przed gankiem i niemal wbiegając tylko po to, by jak najszybciej ubrać swoje farbowane dresy. 

Kislorod żałował, iż nie może stanąć w obronie męża w jego konflikcie z bogiem chrześcijańskim. Było tak dlatego, iż zauważał, po której stronie leżała wina. Wina leżała po stronie Ni, który nieustannie prowokował skłonnego do agresji Boga. Asena jako niedźwiedzia przyjął z radością, choć wiedział, że oznacza on kłopoty. Ukrył go nawet jaskini, lecz i tam nie umknął on spojrzeniu wielkiego pana. Gdy klątwa złej energii zaczęła działać, nie miał on pretensji do męża, co pozwoliło przypisać mu takie cechy jak: wyrozumiałość, szlachetność czy zdolność do wybaczania win. Dopiero Kislorod wykazał się też zdrowym rozsądkiem w tamtej sytuacji, proponując, by opuścili planetę. Wędrując po kraju zauważył, iż coraz mniej jest ich świątyni, przedstawienia niszczeją, oni robią się coraz jaśniejsi i słabsi. Pewnego dnia pożegnał się on z nadal cierpiącym Ivaliem, całując jego pysk i gładząc złote futro. Uzdrowił on rany dzielnego wilka. 

Następnie bóstwo wzięło niedźwiedzia Asena, kilka saren i gadów na plecy, po czym chwyciło rękę męża i tak oto wyruszyli oni z Ziemi. Można wspomnieć, iż Kislorod cieszył się długo pewnego rodzaju szacunkiem u bóstwa chrześcijańskiego i raz bogowie pili nawet ambrozję w swoim towarzystwie, lecz ostatecznie nigdy potem nie spotkali się po opuszczeniu planety. 

Nowego miejsca małżeństwo szukało długo, lecz po kilku wiekach znaleźli oni planetę, na której znajdowała się energia. Ich własna i zwierząt pozwoliła im żyć oraz odrodzić się na nowo. W tym momencie wyznawcy przestali mieć znaczenie, dlatego też nie istnieją przedstawienia z tego okresu. Spekulowano jedynie, że bóstwa zapuścił włosy, gdyż energia na planecie Ni wspomagała ich wzrost. Było to nieprawdą, gdyż wygląd zewnętrzny nie zmienił się, jedynie poza tym, iż ich skóra nabrała lekko czerwonego zabarwienia od otoczenia, w jakim się znajdowali. Bóg Kislorod nazywany był 'Panem ojcem' tej planety, także przez zwierzęta zabrane z Ziemi, które zaczęły się rozmnażać. Dopiero w tym okresie można nazwać Kisloroda i Ni prawdziwymi rodzicielskimi bóstwami, gdyż to ich energia, nie ludzka, tworzyła nowe istnienia. Zasługa Kisloroda są na przykład wielkie nijańskie wilki ze złotym futrem oraz sarny.”

Wieczorem, po drzemce zszedł na dół, zastając mamę z wielką książką na kolanach. Chwycił w garść kilka śliwek i wgryzł się w jedną, sadowiąc się obok niej na kanapie. Oparł ramię o miękkie oparcie, zerkając na akurat otwartą stronę. Była to 'charakterystyka astrologiczna znaku Raka'. Nikodem obiło się o uszy, że mama interesuje się astrologią, co wydawało mu się nawet urocze. Osobiście nigdy nie przyglądnął się temu bliżej i pozostawał całkiem obojętny wobec całej sprawy, przeciwnie do Dieana, który to zaraził się pasją od swojej żony i codziennie czytywał, z większą lub mniejszą wiarą, gazetowe horoskopy. A Niko? Często nawet zapominał, jaki sam ma znak.

Mama nawet na niego nie patrząc dotknęła go po plecach, masując je czule. Jej wzrok spoczywał na tekście.

- Co tam czytasz? Przecież nie jesteś rakiem- powiedział po chwili.- Tylko lwem, prawda?

Przez chwilę obawiał się, że źle zapamiętał i obrazi się na niego na co najmniej trzy dni. Mama tymczasem spokojnie oderwała się od czytania i pociągnęła go lekko za ramię, tak, by leżał obok niej na oparciu. Wskazała mu palcem na przedział datowy znaku raka, uśmiechając się.

- Rozwiązanie jest planowane na szóstego lipca- powiedziała i wszystko stało się jasne.- Czytam co nieco o twoim rodzeństwie.

Zerknął na tekst i zobaczył interesujący symbol przypominający przesławną pozycję sześć na dziewięć. Wpatrywał się w symbol, znowu czując napływające myśli, które o dziwo nie towarzyszyły mu cały dzień. Dla Nikodema dzień bez dominacji myśli erotycznych zawsze był...nie lada wyczynem. Jak to możliwe? W tamtym momencie jednak tamy puściły i wyobraził sobie siebie i Kisloroda w takiej przyjemnej konfiguracji, siebie na górze, jego duże dłonie na jego pośladkach, usta na...Uśmiechnął się, jednocześnie pogrążając się przez chwilę w tym grzesznym wyobrażeniu, tymczasem mama nieświadoma mocy niewinnego znaczka i braku zainteresowania sednem sprawy uśmiechnęła się do niego.

- Teraz przeczytam ci o tobie, wodniczku ty mój- powiedziała, przewracając karki do tyłu.

Ach, więc był wodnikiem. I czym jest wodnik? Mężczyzną z dzbanem wody czy rusałką wodną? 
W jego oczach oczywiście tym drugim, jednak to wciąż było za mało, wciąż zbyt mało boskie jak na jego standardy. Gdyby miał wybierać z samego wyglądu, chętnie były strzelcem. O ile pamiętał, miał jako przedstawienie centaura, co ściśle wiązało się z mitologią. Jak bardzo chciałby być centaurem! Mama otworzyła na stronie początkowej wodnika, zaczynając czytać prostą charakterystykę.

- No proszę, no proszę- powiedziała nagle, wskazując na pewne zdanie.- „Większość jego przemyśleń jest utopijnych” .Tak kochanie, jak na przykład twój rolniczy domek.

Spojrzał na nią z udawanym wyrzutem, krzyżując ręce na piersi. Niestety zaprzeczyć nie mógł i trudno było się nie zgodzić, że marzy o utopii. Jednak, dlaczego nie? Kiedyś musi powstać takie miejsce i może on będzie tym, który je stworzy. Mama oczywiście odnosiła to do swoich prób przekonania go do zostania chemikiem wojskowym. Potem zaczęła wymieniać takie cechy jak niekonwencjonalność, skłonność do fanatyzmu (z trumfem zważył, że tutaj mądra książka mocno się pomyliła), brak poczucia realizmu (kolejne pudło). Zaczął znowu jeść zapomnianą śliwkę, gdy mama kontynuowała.

- ,,Nie działają systematycznie, ale gdy się zmobilizują nadrobią zaległości z nawiązką"- powiedziała żartobliwym tonem, jednak on wiedział, że ma to na myśli.- Jak już się w końcu ruszysz, to zrobisz. Widzisz? Cały ty.

Zgodził się z nią, czytając jej przez ramię. Nagle natrafił na akapit o nieudolności i nieprzystosowaniu do życia w rutynie, co mama od razu wyłapała. Zaczęła się z niego nagrywać, znowu wyciągając temat wyboru jego zawodu. Znudziło i zirytowało go to do tego stopnia, że wstał po prostu i z pestką w dłoni wyszedł z salonu z buńczucznym „i tak lew jest gorszy”.


Zapomniał o całej sprawie z chwilą, gdy zobaczył notatkę wypisaną grubym markerem na stronie kalendarza wiszącego u szczytu schodów. Jakże mógł zapomnieć...? Uśmiech rozszerzył jego twarz, gdy przyłożył palca do opisanej daty- soboty. 

Coroczny festyn.




.

czwartek, 27 lutego 2014

Ni: Siedem małp

Cieszę się, że hotelhomme jest wentylem bezpieczeństwa dla Ni- tam mogę wyżyć się w pewien sposób, a tu w inny :) Stworzenie drugiego bloga było najlepszą decyzją także dla Niko.


Ni: Siedem małp



Tego upalnego środowego popołudnia wzięcie prysznica nie powinno być wyborem, ale prawem. Nikodem ściągał koszulkę już podczas wspinania się na piętro, a zsuwając spodnie prawie poślizgnął się na nogawce i zleciał na sam dół. Bezpieczny i w samych bokserkach niemal doczołgał się do drzwi, zrzucając wszystko na podłogę. 

W łazience nie tracił czasu na ceregiele i wszedł od razu pod prysznic, nawet jeszcze nie włączając wody. Kilka godzin wcześniej pani od chemii znowu go nagabywała, choć tym razem mógł jej powiedzieć coś konkretnego, zamiast po prostu stać, wpatrywać się w punkt za jej plecami i wyciszać stopniowo jej nudny głos. Bardzo rzadko odzywała się w nim taka buntownicza, uparta natura, zazwyczaj był totalnie bezkonfliktowy, coś jednak w tym tykaniu go kijem pod tytułem 'co po liceum' drażniło go niebywale. Wielką inspiracją zaczynał się dla niego stawać pewien nastolatek, który zastrzelił paru nauczycieli i powiedział potem, że 'dostał przez nich nerwicy'.

Jakby jeszcze tego było mało, z ust jego dręczycielki co najmniej trzy i pół raza padło słowo 'wojsko'.

Odkręcił wodę, jednocześnie próbując wyobrazić sobie siebie samego czołgającego się po poligonie. Owszem, może i pracowałby jako naukowiec, ale jakaś służba przedtem byłaby mile widziana, prawda? Tymczasem to był świat ludzi pokroju Vasila, wszystkie te osikane mundury, twarde łóżka, łyse głowy, blaszane miski. Nikodem lubił wygodę, nawet, jeśli nie pogardziłby spaniem pod gołym niebem i pobudką ze sztywnymi plecami. Wszystko albo...nic! Żadnych kompromisów i półśrodków! Poza tym, jego totalny pacyfistyczny światopogląd zabraniał mu rozważania w ogóle takiej absurdalnej opcji. Westchnął, gdy woda oblała jego głowę po raz pierwszy. Była trochę za ciepła, ale czuł się zbyt dobrze, by pokręcić niebieskim kurkiem. Mięśnie rozluźniały się, pot spływał, kafelki wokół parowały.

Pomyślał o ślubie Vasila, nie o weselu, które zapewne będzie skromne (może nawet w fast foodzie), ale o ślubie właśnie. Usłyszał organy, ciszę w kościele, nerwowe stukanie lakierek Vasila o podłogę. 

Myśl ta jednak była tak abstrakcyjna, tak absurdalna, że dalej nie wierzył w jej prawdziwość. Ten gamoń, ten łysy nicpoń zamierza złączyć swoje drogi z innym człowiekiem, z dziewczyną, zawrzeć związek małżeński, dać jej nazwisko...dlaczego? Nie przekroczył nawet dwudziestu lat. Niko od razu przypominała się ich rozmowa odbyta przy kolejnym słabym jakościowo winie, dotycząca związkowych spraw właśnie. Żeby ją ładnie podsumować, można powiedzieć tylko tyle, że tamten Vasil zabiłby tego Vasila śmiechem. Rozmyślania o nim były o ten aspekt dziwniejsze, że wieczór wcześniej czytał o owym młodzieńcu i o sobie pewne opowiadanie. Właśnie dla tego opowiadania Niko poprosił mamę o powiadomienie go, gdyby ich trzynastoletni geniusz pióra wrócił do domu. Chciał jak najszybciej złapać tego piekielnego dzieciaka i wytarmosić go jak najmocniej, żeby mu uszami wyleciał ten jego talent. Niko uśmiechnął się do siebie, przesuwając dłonią po ciele.

Jeśli już o owym ciele mowa, to ostatnimi czasy zauważył, że nieco schudł. Może nie diametralnie, ale przynajmniej spodnie nie były już tak dopasowane jak wcześniej i nie miał zielonego pojęcia, czemu to zawdzięcza. 

- Nikodem, przyszedł!- głos mamy przedzierał się przez szum prysznica. 

Otworzył oczy i niemal automatycznie wyłączył wodę. Wyszedł z kabiny, wytarł się niedbale ręcznikiem i narzucił na siebie dresy i bluzkę, pomijając nawet bieliznę. Schodził z włosami mokrymi, z szerokim uśmiechem na twarzy i wodą kapiącą za nim po schodach. Mama nawet nie spojrzała na niego znad swojego magazynu i dobrze, bo pewnie dostałby reprymendę za moczenie jej paneli. Niemal wybiegł na tył domu, stając na samej krawędzi werandy. Podwórko Sokołowów było puste, ale on wiedział, że jeśli gdzieś może zastać najmłodszego członka rodziny, to właśnie tam. Stał tak jak zombie przez może trzy minuty, nie przejmując się kroplami moczącymi mu ramiona i wypatrując.

Obiekt jego oczekiwań nadszedł w końcu ociężale, w jednej ręce trzymając miseczkę z deserem, a drugą drapiąc się po brzuchu. Miał na sobie dość przykrótką bluzkę w zielone paski i czarne spodenki, stopy oczywiście pozostawały nieodziane.

Ich spojrzenia spotkały się magicznie- chłopiec uśmiechnął się szeroko, wziął jedną łyżkę deseru do ust i położył miskę na stoliku. Podszedł szybko do płotu, wdrapując się na nieużywany zestaw mebli ogrodowych...i próbując przeleźć przez płot. Chwilę potem Nikodem był już przy ogrodzeniu, próbując pomóc swojemu niezgrabnemu młodszemu przyjacielowi, który zawisnął na nim jak kocur. Trzynastolatek, nie taki już mały, zawisnął na jego szyi i prawie wywrócili się obaj, na szczęście jednak Niko zdołał opanować sytuację. Dzieciak został ściągnięty i kilka sekund wisiał jeszcze na nim, lecz w końcu odsunął się z obrzydzeniem, czując mokrość włosów starszego. Iva wytarł ręce w swoją własną koszulkę i spojrzał na niego z uśmiechem skrzywionym przez oślepiające słońce.

Tymczasem Nikodem w poważaniu miał jego obrzydzenie i wziął go od razu w ramiona, ściskając mocno. Chłopiec zdawał się zaskoczony, zesztywniał machinalnie, jednak ostatecznie także objął go swoimi pulchnymi ramionami. Może nawet przestało mu przeszkadzać cała ta wilgoć, bo tylko raz zmienił pozycję rąk na niższą. Nikodem w końcu odsunął go od siebie, trzymając na długość ramion jak dumny ojciec gratulujący synowi. A naprawę było czego.

- Jesteś genialną małą fasolką- powiedział mu, uśmiechając się jeszcze szerzej.- Moją małą fasolką.

- Fasolką?- zdziwił się dzieciak, marszcząc brwi i wycierając z policzka ślad wilgoci.- Twoją?

Nikodem nie odpowiedział na to od razu, po prostu wziął ręce z jego ramion i poklepał go lekko w plecy, zapraszając go do przejścia w ciekawsze miejsce. Kury zbiegły się od razu w nadziei na wcześniejszy posiłek, lecz nadzieje ich były daremne, ludzie przeszli obok płotu nawet na nie nie patrząc. Ostatecznie wspomnienie rozczarowania szybko wyparowało z ptasich mózgów.

Starszy przeprowadził gościa przez furtkę, przez którą wyszli na drogę na tyłach domu. Bez słowa, jakby w uroczystej ciszy mającej zapowiedzieć bardzo ważną rozmowę przeszli przez zarośla i dotarli do małego sąsiedzkiego poletka i zdewastowanego placu zabaw. Iva od razu zajął królewskie miejsce na szczycie zjeżdżalni, a jego starszy kolega oparł się tylko o metalowy słupek. Pierwszy zaczął mówić Nikodem.

- Chodzi o to, że...na razie jesteś jak fasolka- wyjaśnił, gestykulując i tworząc z dłoni miskę, jakoby w niej znajdowała się owa fasola- Ale potem urośniesz i będziesz czymś wielkim. Rozwiniesz się. Już teraz widzę potencjał.

Iva przytaknął, rozumiejąc metaforę. Na jego policzkach wykwitłby malutki rumieniec próżności, lecz nie był bohaterem książek, by się czerwienić. Nikodem obserwował go jednak bacznie, zauważając każdą reakcję.

Komplementy przydają się zawsze, o tym nigdy nie należy zapominać w przypadku kontaktu z ludźmi. Komplement nie może być jednak trywialny, bo wtedy zamiast uroczego uśmiechu można zawsze dostać kopniaka w tyłek.

- Twoje opowiadanie jest świetne, naprawdę. Nie spodziewałem się takiej dobrej fasolki.

- Chciałbyś być z Vasilem?

Pytanie brzmiało niewinnie, choć chłopiec wpatrywał się w niego dziwnie...uważnie. Jakby coś oceniał. Nikodem nie odwrócił wzroku, choć miał ochotę wznieść oczy do nieba i wołać, dlaczego oto zadają mu takie pytania dotyczące akurat...Iwanowa! Ze wszystkich ludzi na tym pieprzonym świecie, dlaczego ten dzieciak skojarzył go z nim?

- Jako Nikodem czy Nikodim?

- No...obaj?- chłopiec zaryzykował, marszcząc brwi.

- Jako Nikodim tak, jako Ja absolutnie nie- odparł stanowczo, dając do zrozumienia, że temat jest skończony.- Chciałbym ci teraz wyznać, że jesteś mi potrzebny. Dlatego nazwałem cię 'moją fasolką'.

Chłopak wpatrywał się w niego z widocznym zainteresowaniem. Nikodem podejrzewał, że może jeszcze bardziej frapować będzie go ta cała sytuacja, jeśli on doprawi to takimi określeniami jak 'próba', rytuał przejścia. Przecież napisanie tego opowiadania było swoistym rytuałem przejścia! 

Nie miał pojęcia, czego oczekuje, miał tylko nadzieję, iż dzieciak nie zrazi się jego propozycją. Zawsze mogła mu się skojarzyć z nudną szkołą, gdzie trzeba coś pisać i robić dla kogoś, a nie samego siebie. Sytuacja okropna, gdy zmuszany jesteś do robienia czegoś, czego wcale a wcale nie chcesz robić. Napisz wypracowanie o tym, charakterystykę tego, rozprawkę o tym...Nikodem nie chciał być widziany jako nauczyciel...prędzej jako pracodawca. Gdy padły jednak magiczne słowa, dzieciak zmrużył oczy i popatrzył się na niego jeszcze uważniej.

- Chciałbym, żebyś mi pomógł- podkreślił Nikodem, też patrząc mu w oczy- W spisywaniu moich pewnych...rzeczy.

- Mam dla ciebie pisać?

- Tak, w pewnym sensie.

- Jak skryba?

Starszy przytaknął, drapiąc się bezmyślnie za uchem- gest ten znawca mowy ciała zapewne uznałby za objaw zażenowania. Niko nie był zażenowany, lecz zwyczajnie nie miał pojęcia, co dzieciak za chwilę powie. Wyglądał niemniej na zainteresowanego.

- Będziesz mi płacił?- Iva okazał swoje zainteresowanie w tym jednym pytaniu, burząc nieco swój obraz bezinteresownego trzynastolatka.-Za każdy napisany dla ciebie tekst?

Nikodem niczym w kreskówce widział, jak w oczach chłopca pojawiają się symbole dolarów. 

Może była to przesadzona metafora, ale żywe zainteresowanie świadczyło, że taka wizja byłaby nawet miła dla jego rozmówcy. Niko oczywiście wcześniej już zreflektował się, że spisywanie takich partii materiału całkowicie za darmo mogłoby być rzeczywiście kłopotliwie i...niewolnicze. Przede wszystkim nawet nie wiadomo, czy potencjalny niewolnik zgodzi się być zaprzęgnięty do pracy. Należałoby go czymś skusić, ale czym? Niko nie wiedział nawet do końca, czy Iva to typ materialisty, czy może wolałby otrzymywać za swoją pracę coś innego. Wychowanie do akceptowania homoseksualizmu wychowaniem, ale samo to nie sprawi, że dzieciak będzie z radością tworzył jeden gejowski poemat za drugim.

Jeśli byłby materialistą, sprawa byłaby prosta: Niko mógłby dawać mu jakąś małą część swoich dochodów z jajek i później z ogródka. Jeśli zaś nie byłby, sprawa byłaby trudniejsza...bo jak i czym płacić komuś, kto tego nie doceni? Może to zwyczajny leń, którego nawet banknot nie ruszy do pracy? Dopiero te świecące się oczy dały siedemnastoletniej bazie dla bóstwa promyk nadziei, że oto załatwi wszystko tymi trywialnymi pieniędzmi. Na szczęście mitów wokół dzieciaka sobie nie budował, więc żadne oczekiwania dotyczące bezinteresowności nie upadły.

Niemniej po rzeczonym pytaniu szybko padła konkretna odpowiedź: tak, tylko powiedz mi, czego chcesz. Iva najpierw patrzył na niego rozszerzonymi oczami, potem odwrócił wzrok i skupił go na domu. Gdy wiatr lekko poruszał jego ciemnymi włosami wyglądał nawet ładnie, w jasnych oczach odbijało się słońce, a wystające jedynki dodawały mu swoistego uroku. Trochę dziecinny jak na trzynaście lat, prawdopodobnie zawsze miał wyglądać na nieco młodszego niż jest. W sumie kombinacja jasnych oczu i ciemnych włosów kojarzyła mu się z bóstwami Ni, a jemu samemu takie połączenie zawsze wydawało się piekielnie atrakcyjne.

On sam miał oczy ciemnie, nic ciekawego, nuda. Ciemne oczy, ciemna oprawa, ciemne włosy, śniada skóra. Och, gdyby tylko miał takie intrygujące, jasne oczy...!

- Może być...tyle co za trzy gałki lodów za tekst?- spytał dzieciak bardzo nieśmiało, patrząc na niego tymi jasnymi oczami.- Czasem chciałbym sobie kupić loda, a babcia i mama...

Za trzy gałki lodów?!

- Oczywiście!- Niko miał ochotę znowu wziąć go w ramiona i uściskać, że tak mało proponuje w swojej dziecięcej naiwności- Jak tylko chcesz, mój skrybo. Mógłbym cię najpierw przetestować, hm?

Pokrótce streścił mu jeden ze swoich mitów, nieważny. Opowiadał on o Ni, który zmienił kolor wody w jeziorze gdzieś bliżej morza. Na geografii podane było jako przykład bardzo ładnego jeziora cyrkowego, charakteryzującego się intrygującą rdzawą barwą. W jego wersji Ni przyprowadził kiedyś z Indii mówiącego tygrysa, który czasem płatał różnorakie niespodzianki swojemu właścicielowi. Kiedyś kąpali się w jeziorze i zwierz ugryzł bóstwo, którego krew zabawiła jezioro na brunatną barwę. W odwecie i wściekłości bóstwo rozwarło paszczę zwierzęcia, wciskając mu rękę aż po łokieć w gardziel i dusząc je. Oprawiono jego skórę i zrobiono użytek z kłów, które potem i tak miały swoje oddzielne miejsce w historii. Tak samo zresztą jak sam tygrys, którego dusza pławiła się w zroszonych boską krwią wodach jeziora. Nikodem założył, że od tego czasu w oczach wyznawców Ni tygrys oznaczał zdrajcę, który kusi i wabi wyglądem, choć tak naprawdę w każdej chwili może skierować na nas swoje szpony. Osobiście uważał, że to całkiem interesujące i pięknookie zwierzęta, ale na kogoś trzeba było zrzucić winę, prawda?

Uznał, że historia z krwią będzie całkiem interesująca, poza tym, jego bóstwa nie mogły być idealne i nie mieć wybuchów złości, bo owszem, ludzkich przywar nie miały, ale niektóre uczucia nie były im obce. Rozwiązywał przy tym kwestię fizyczności bogów, w których płynęła tak samo jak w ludziach czerwona krew, lecz nie miała ona znaczenia życiodajnego. Była też oczywiście niezmywalna i jeśli wylała się na ziemię, to zawsze tam zostawała. Nieważne- w wodzie czy na podłodze świątyni.

Warunek do skrzywdzenia boga był jeden: krzywdzący musiał mieć w sobie coś boskiego, by mieć połączenie ze światem metafizycznym, światem energii. Śmiertelnik nie może mieć wpływu na coś, co zbudowane jest w dziewięćdziesięciu (reszta to pył gwiezdny i tym podobne) procent z energii w sposób inny, niż poprzez zaprzestanie wiary w bóstwo. Fizycznie skrzywdzić boga może tylko inny bóg bądź zwierzę, które jest z bóstwem spowinowacone, na przykład zostało stworzone jako jego atrybut. Tygrys był synem tygrysa, który należał do jednego z mniej znanych bóstw indyjskich. Jego szpony mogły zadać krzywdę Ni!

Jeśli wracając jednak do zwierząt, Nikodem zdecydował, że ulubionym jego bóstw będzie zdecydowanie niedźwiedź. Czy to w wersji brunatnej, czy czarnej czy nawet polarnej- każdy rodzaj. Niekoniecznie też te z boskim wkładem (jak Asen), nawet te zwyczajne, ziemskie.

Chłopiec nie dawał po sobie poznać, co sądzi o fabule. Kiwał po prostu głową, przyjmując wszystko do wiadomości i odmawiając propozycjom, by spisać mu to wszystko na kartce. Twierdził, że zapamięta. Jego rozszerzone oczy bardziej wskazywały na chęć sprawdzenia się, namieszania, zrobienia czegoś niezwykłego i zaimponowania starszemu. 

Po wszystkim uścisnęli sobie ręce jak prawdziwi biznesmeni. 

Wrócili do furtki dość szybko, a dzieciak zdawał się być nieco mniej ociężały niż zazwyczaj. Zatrzymał się na chwilę przy płocie, patrzył na kury, aż w końcu zapowiedział, że postara się to spisać na sobotę. Nikodem przytaknął ochoczo, znowu mając ochotę go przytulić. Potem położył się na werandowym fotelu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i wypowiedzenia wszystkiego tego, co chciał. Właściwie nawet nie nazywał tej znajomości z małym sąsiadem 'przyjaźnią', jedynie swego rodzaju biznesem podpartym na rodzącej się sympatii. Iva był mu potrzebny, a nawet gdyby miał do niego jakieś osobiste animozje, to musiałby odstawić je na bok.

Nic takiego jednak nie było i świat fantazji otwierał się przed nim tylko za pomocą paru monet za jeden raz!

- Bardzo mnie ciekawi, co wy tam kombinujecie- mama przystanęła za nim, wpatrując się w jego zagadkowo rozanieloną twarz.

- Nic takiego, nic takiego- odparł, machając ręką i nie odrywając wzroku od poletka, na którym niebawem miały pojawić się warzywa.-Chcę zrobić tam warzywny ogródek i to sprzedawać, mogę?

Marietta spojrzała na niego, jakby znowu powiedział jej, że chce zostać rolnikiem. Kogoś z pewnością mógłby irytować jej miny, głównie dlatego, że jej twarz nie pozwalała ukryć jej emocji. Po chwili jednak uznała, że skoro mówił jej już o byciu lekarzem, to może po prostu chce mieć jakieś dodatkowe zaskórniaki. Wzruszyła ramionami.

- Rób co chcesz.


Vasil zaprosił go najpierw do pizzerni, a potem zasugerował, że mogą udać się do pewnego miejsca w lasku. 'Miejsce w lasku' było starą, zrujnowaną stodołą przy domu, który nie istniał może od pięćdziesięciu lat. Miejsce było znaną powszechnie pijanlio-zabawialnią. W dzień biegały tam dzieciaki, wrzeszcząc i huśtając się na jednym ze sznurów zawieszonych przez rodziców na co stabilniejszej belce. Oprócz sznurów niebywałą atrakcją były same ruiny, wśród których można było się chować i tworzyć bazy, także udawać, że nieużywana i w miarę zabezpieczona maszyna do młócenia ziarna jest statkiem kosmicznym czy czymś w tym rodzaju. Nikodem nigdy wcześniej nie chadzał w tamto miejsce, znając je tylko i wyłącznie dzięki przyjaźni z Vasilem. Jako dzieciak preferował właśnie łąkę za miastem lub złoty staw, stodoła to nie był jego teren.

Wieczorem, gdy dzieciaki słodko spały, miejsce to gościło w sobie starsze dzieci. Najczęściej obarczone stukającymi butelkami, kiepskiej jakości kiełbaskami i zapałkami, by urządzić ognisko. Ogólnie rzecz biorąc kondycja młodzieży ich miasta była jak najbardziej w porządku, biorąc pod uwagę, że poza napojami alkoholowymi spożywanymi sporadycznie na takich imprezach, narkotyki i papierosy nie były zbyt powszechne. Nikodem osobiście nigdy nie spróbował ani tego ani tego, zamiaru też nie miał. Między bogiem a prawdą, zawsze uważał, że alkohol lepiej smakuje w upojnych wyobrażeniach niż w rzeczywistości, ale pił, by w pewien sposób uspokoić Vasila. Działało to nie na zasadzie przypodobania się, ale bardziej pokazania, że są równi, tacy sami. Niemniej ten wieczór i tak był wyjątkowy, bo przecież miał być jednym z ostatnich i pierwszym od czasu ogłoszenia planów.

Pizzeria była prawie pusta, co nie dziwi w przypadku czwartkowego wieczora. Zdecydowanie więcej osób zbiera się w weekend, prawda? Usiedli przy ścianie, nad nimi wisiał idylliczny obrazek morza i zachodu słońca. 

Niko przywołał jedynie scenę, w której Nikodim całuje szybkę kombinezonu i w tamtej chwili wydała mu się naprawdę urocza. Wszystko stało się podwójnie zakazane, nawet nie tyle psychologicznie, co nawet fizycznie. Przez chwilę docierał do niego tragizm miłości kosmity i ziemianina, którzy nigdy nie złączą ust w pocałunku, bo pochodzą z zupełnie innych sfer. Siedział i myślał o tej bzdurze, podczas gdy jego towarzysz prowadził ze sobą ożywioną dyskusję na temat doboru dania.

Młodszy spojrzał na jego skupioną twarz i pomyślał, że już niedługo może go nie widzieć. Po prostu zniknie z jego życia...bo...bo się żeni! Idea pasowała do niego jak pięść do nosa, nie było lepszego porównania. Człowiek, który nie wierzy w miłość, a w szkole dobrze radzi sobie z przedmiotami LOGICZNYMI- matematyką i fizyką. Ten człowiek planuje nagle coś nielogicznego, coś zupełnie bezsensownego i szalonego. Niko zauważył też, że jego przyjaciel nie zgolił (jak zwykle każdej trzeciej środy miesiąca) włosów. Odrastały równo, coraz dłuższe, bez tego kretyńskiego podgalania dolnej części. Gdy tak spoglądał na kartę dań, jego rzęsy rzucały cień na policzki.

A może to Niko ostatnimi czasy spoglądał na wszystkich łaskawszym okiem?

- Dobra, będzie dużo mięsa- oświadczył nieświadomy tego wszystkiego chłopak, celując paluchem w nazwę jakiejś pizzy.- Bierzemy tą, dużą i ja nie biorę sosu, nie wiem jak ty.

- Weź mi ketchup- odparł szybko, opanowując wszelkie uczucia, jakie zrodziły się w nim w tamtym momencie.

Nie należy nazywać tego żadnym zakochaniem, bo byłoby to jak najbardziej błędne. Nic z tych rzeczy. Nikodem po prostu zaczął uświadamiać sobie, że traci kolejnego przyjaciela, nawet, jeśli jego relacja z Vasilem nie równała się głębią z tą, jaką miał z Neli. Ostatnio napisała do niego i miał wrażenie, że tęskni za nią tak samo, jak pierwszego dnia. Tymczasem przyjaźń z Iwanowem prawdopodobnie zostanie zapisana w jego pamięci jako epizod, dziwaczny epizod i jedyne chwile, gdy będzie mu naprawdę przykro, to właśnie te jedzenie pizzy, rozmawianie, picie soku i tak dalej.

- Ja jadę do niej, nie ona tutaj- chłopak zaczął pierwszy, odchylając się na fotelu i patrząc gdzieś w kąt pomieszczenia.- Tutaj zatłukłaby mnie matka.

- Czyli nikt oprócz mnie nie wie?

- Banda wie- niemal kpiąco poinformował go Vasil, jakby możliwość, że Niko jest 'wybranym' była zabawna.-Ale tak se pomyślałem, że akurat z tobą mogę iść na tą pizzę tutaj. Wiesz, chodzi o mojego ojca.

Zapanowała chwila ciszy, a wzrok starszego przeniósł się z tamtego nieokreślonego miejsca na Nikodema. Ten uśmiechnął się bardzo, bardzo sztucznie jak na siebie samego. Wzmianka o Asenie nie sprawiła jednak, że poczuł wyrzuty sumienia, choć niewątpliwie POWINIEN. Syn faceta, o którym fantazjował perwersyjne rzeczy dziękuje mu za to, że...właściwie, za co? Za bycie przy nim, za okazywanie szacunku jego ojcu? Skąd mógł wiedzieć, jak dogłębnie zły jest prawdziwy powód tego 'bliskiego kontaktu'! Jak poważna byłaby ta sprawa, gdyby między nim a Asenem zaczął się romans? Poza oczywiście sprawą prawną, bo przecież wiadomo, że piętnastolatek i trzydziestokilkuletni mężczyzna zazwyczaj nie romansują bez żadnych konsekwencji.

- Dlaczego właściwie to wszystko?- Nikodem zadał swoje pytanie, także odchylając się na siedzeniu.

- Schudłeś?- spytał nie wiadomo skąd Vasil, obserwując go od czubka głowy do pasa.- Dobra, dobra. Po prostu chcę stąd spierdolić. Ona mi się podoba. Daje mi mieszkanie. Chcę spierdolić.

Powtórzył się, wbijając w Nikodema wzrok niemal agresywnie. Ten wpatrywał się w niego spokojnie, zastanawiając się, od czego właściwie jego przyjaciel chciałby uciec. W sumie powód ten wydawał się bardziej prawdopodobny niż zakochanie, które tak naprawdę w ogóle nie było prawdopodobne. Ich rozmowa oscylowała między tym tematem, jednak z czasem przyniesienia jedzenia ich konwersacja jeszcze bardziej straciła impet. Aż do pewnego momentu.

- Tak naprawdę nie ma żadnego ślubu. Po prostu spierdalam.

Nikodemowi nie drgnęła na to nawet powieka.

- Kiedy jeszcze kłamałeś?

Chłopak pokręcił głową, popijając colę.

- Tylko tyle.

Nikodem poczuł, że jest trochę tą sytuacją zmęczony, a gdy dowiedział się, że Vasil chce go zabrać do stodoły, poczuł natychmiastową chęć wrócenia do domu i masturbowania się do jakieś przyjemnej muzyki. Prawdę mówiąc tęsknił za Kislorodem, który ostatnimi dniami stał się dla niego bardzo ważnym elementem. Gdyby tylko mógł jakoś wymigać się od tego spotkania...pogodzić się z odejściem przyjaciela-kumpla w samotności, bez tych jego kretynów?

Nie miał jednak szans, po po zjedzeniu zabrany został do auta i zawieziony do stodoły. Jazda była szybka, wieczór już spowijał wszystko mrokiem, ale Vasil nie zasłonił dachu. Powietrze było ciepłe, niemal duszne. Nikodem wytrzymał z przodu kilka minut, aż przeszedł do tyłu i położył się na tylnych siedzeniach, patrząc w niebo. Prawdę mówiąc zawsze chciał jechać w ten sposób jakimś autem bez dachu, szkoda tylko, że musiał znosić dokuczania starszego. Poza tym, gwiazd było jak na lekarstwo i zamiast magicznej jazdy otrzymał małą jej namiastkę. Obiecał sobie za to położenie się kiedyś na dachu, jak robił to kiedyś...i obserwowanie. Wiedział, że nie będzie myśleć o Vasilu i Nikodimie- oni byli w pewien sposób odlegli. Będzie myślał o Kislorodzie, jego nowej, oficjalnej miłości. Ciekawe, czy niedźwiedzi Asen pomrukiwał z zazdrości gdzieś w jaskini jego umysłu?

Na miejscu była już niemal cała banda- Hristo oraz kilku innych. Siedzieli wokół rozpalonego ogniska i popijali swoje piwa. Nikodem stał przez chwilę przy aucie, patrząc na wszystkich tych byczków i nie bardzo wiedząc, czy zdoła dotrzymać im kroku bez wypicia co najmniej połowy butelki. Następnego dnia miał jednak szkołę, co mocno ograniczało jego możliwości, choć Vasil widocznie się tym nie przejmował.

Usiedli na dwóch kamieniach niedaleko ogniska, a inni uczestnicy pożegnalnego party przywitali ich przywódcę z entuzjazmem. Pierwsze, co Niko zrobił, było sięgnięcie po butelkę- postanowił, że zostawi temat szkoły i poświęci go dla własnego zdrowia psychicznego, jeśli nie chce zwariować wśród tych wszystkich ludzi. 

Czuł się przede wszystkim totalnie ignorowany, a jego wybujałe ego tego nie znosiło. Może i sprawiał wrażenie człowieka niebywale skromnego, ale wewnątrz pragnął jakieś admiracji, jakiekolwiek. Tymczasem w tym gronie admiracji zdobyć nie mógł żadnym ze swoich sposób, dlatego pozostało mu tylko smętne pociąganie z butelki. Znał dobrze tylko Vasila, który rechotał i opowiadał o 'swojej cipce', czyli przyszłej żonie. Resztę kojarzył z widzenia, nie miał nic przeciw nim, ale wiedział też, że gdyby pojawił się tam sam, niezaproszony, to pewnie by go zlali. Inna sprawa, że on sam cherlakiem nie był i gdyby nie było ich więcej, zapewne sprałby przynajmniej dwóch z nich: Hristo i Jan wydawali się słabsi od niego. Cokolwiek by nie mówić, prace fizyczne równoważyły poziom tłuszczyku w jego ciele.

Bał się za to jednego: że gdy się upije, zacznie wygadywać głupoty. Przede wszystkim mogłaby mu zaszkodzić obecność tylu byczków, który w jego spaczonym, nasączonym alkoholem umyśle mogliby uchodzić za całkiem atrakcyjny harem. To było to, to było coś, co zawsze go pociągało. Było już nawet wspominane o jego fantazjach dotyczących splątanych ciał, męskich ciał wijących się razem w ekstazie. 

Ci wszyscy mało przypominali jego bóstwa, ale w ostateczności jako dzikie małpy mogliby się nadawać do...czegoś tam. W dresach Hristo niejednokrotnie zauważył ciekawe wybrzuszenie, Vasil tez musiał być niczego sobie- zwłaszcza ich wizyta na kąpielisku rok wcześniej była bardzo obiecująca!

Gdyby tylko byli ciut bardziej interesujący i przyciągający fizycznie, zapewne wyobrażałby już sobie, jak biorą go przy tym pieprznym ogniu, jak są na każde jego skinienie i że może właśnie dlatego Vasil go tu zwabił- bo oni go chcieli. Nic jednak z tego, nie był pięknym, ociekającym różanym olejkiem Ni...był Panajotowem, który powinien zrzucić jeszcze ze dwa kilo, ma szeroki nochal i jest dziwny.

Wśród nich jeden był tylko wart zauważenia- Wiktor, który miał brązowe włosy. Był chwilami tak przystojny, że Nikodem aż czuł ślinę napływającą mu do ust, z powodów różnych, czasem metaforycznych, a czasem zupełnie bezpośrednich. Miał dobrze zarysowane kości policzkowe, jasne jak Ivalio oczy i całkiem przyjazny uśmiech- był jedynym chłopakiem poniżej dwudziestu pięciu lat, który mu się podobał. Niebezpieczeństwo takich właśnie myśli sprawiło, że Nikodem ograniczał się i popijał tylko co jakiś czas, obserwując każdego z osobna. Wolałby, żeby nie wymsknęło mu się żadne 'chciałbym ci obciągnąć' w kierunku Wiktora, bo to mogłoby się skończyć źle.

W jego głowie pojawiła się wizja Ni siedzącego przy ognisku, razem z siedmioma małpami tworzącego krąg. Ogień brał się z gwiazd i był bardziej wyjątkowy, niż ten ziemski. Vasl przyprowadził do swojego wuja gromadę górskich małp, które miały dostąpić zaszczytu siedzenia blisko boga i ogrzewania się świętym ogniem. Widział Vasla, większego niż w rzeczywistości, ubranego w przepaskę na biodra, noszącego blizny po walkach i utrzymującego buntowniczą ekspresję. Widział swoje alter ego siedzące po turecku, trzymającego ręce w kierunku ognia. Na sobie miał swoje zwyczajowe indyjskie szaty, a włosy miał nieco dłuższe, niż zazwyczaj to widział. Kwestia chwilowego kaprysu. Małpy wyglądały podobnie- było nieco zgarbione i ciała miały zwierzęce, ale ich twarze były takie same, jak ludzkich pierwowzorów. Ogień oświetlał twarz Hrista, który wbijał rozszerzone oczy w ogień. Podobnie wyglądali jego koledzy, który potem mieli zejść na ziemię i narobić parę szkód.

Jakich, Nikodem nie wiedział, ale uznał, że może to być niebywale interesujące. Spędził wieczór prawie całkiem zignorowany, tylko dwa razy zapytany, co sądzi o dziewczynie Vasila, czy mu się podoba, potem raz spytany, czy się posunie w lewo i raz o to, czy chce kiełbaskę. Ostatecznie Vasil był tak pijany, że nie było mowy o odwożeniu Nikodema. Nikt z kolegów nie kwapił się, by zrobić to za niego, poza tym, wszyscy byli tak samo urżnięci w pień.

Nikodem, który chodził i myślał dość sprawnie (wypił tylko pół butelki dość słabego napoju) po prostu wstał, chwycił swoją flanelową koszulę i podążył w kierunku najbliższego przystanku. Idąc drogą nie myślał w zasadzie nic konkretnego, a wizja małp przy ognisku nadal siedziała w jego głowie. Prawda też było, że w wizji tej wyeksponował Wiktora, a należałoby zaznaczyć, że wszystkie małpy były nagie. Och, jak bardzo chciałby obciągnąć temu człowiekowi! Otoczyć ustami, poczuć intensywny zapach, który miał przecież i on sam, zobaczyć przyjemność na twarzy...na samą myśl znowu zrobiło mu się mokro w ustach, co było bardzo pomocne w ogólnym uczuciu wysuszenia. Jak bardzo chciałby wreszcie przestać opierać się na fantazjach i wreszcie coś zrobić, poczuć coś...prawdziwego.

Wolał skupić się na tym, że nie ma partnera seksualnego niż na tym, że nie ma go w ogóle, w żadnej strefie życia. 

Kochał swoje miasteczko szczerze i mocno, ale naprawdę, nie miał szans na znalezienie kogoś o podobnych preferencjach bez ryzyka. Może powinien napisać do gazetki? Zaśmiał się z takiej możliwości, przystając nagle w połowie drogi. Jeśli nikt z ziemian nie chce wprowadzić go do świata rozkoszy, niech zrobi to pieprzony Bóg. Spojrzał w niebo.

- Chciałbyś mnie, chciałbyś Ni, prawda?!- krzyknął w kierunku nieba, będąc jednak troszkę pijanym.- Dlatego tak się na nim uwziąłeś, bo ci się podoba! Mnie możesz przerżnąć bez przeszkód, jestem tutaj!

Rozwarł ramiona, jakoby zapraszając Boga do zejścia na Ziemię i zajęcia się nim. Bóg albo jednak nie był zainteresowany bazą, albo był bardzo zajęty, bo nie stało się nic. Nikodem w końcu wzruszył ramionami i zaczął iść dalej, uznając, że chyba musi poczekać na swój czas.



.